Wąskim gardłem jestem teraz ja — moje skupienie i to, ile rzeczy utrzymam w głowie naraz — a nie maszyna, jej okno kontekstowe, pula tokenów czy to, ile model zdąży przemielić.
Więc pytanie, które zostało, nie brzmi już „jak wycisnąć z modelu więcej", tylko „jak rozłożyć własną uwagę". Bo są dwie drogi. Mogę zbudować bardzo autonomiczny mechanizm, dać mu instrukcję „buduj sam" i puścić. Albo prowadzić dwa, u mnie maksymalnie trzy projekty, zostawiając narzędziu trochę autonomii, ale trzymając rękę na pulsie — na planach i na tym, co się dzieje. Testowałem to pełne odpuszczenie — Claude jedzie sam, tylko ja gubię wtedy wątek, przestaję rozumieć, co się dzieje w środku, a zużycie tokenów robi się przy tym ogromne, bo okno kontekstowe puchnie bez końca. Działa mi ten drugi tryb, w którym zostaję w środku — a nie ten, w którym oddaję modelowi wszystko. Wchodzę w różne role: projektanta, protokolanta, trochę partnera dla architekta. I wtedy wąskim gardłem znowu jestem ja i moja mentalna pojemność.
I tu doszedłem do rzeczy, która dała mi najwięcej. Już wiem o sobie, że nie umiem prowadzić trzech projektów na tym samym etapie. Trzy razy architektura albo trzy razy design naraz i głowa się zawiesza — wszystko wygląda tak samo, a ja się w tym gubię. Więc zacząłem je rozdzielać na różne etapy. Jeden projekt mam w rozmyślaniu — dyktuję notatki do Malinche, ona robi mi z nich podsumowanie. Drugi jest w designie, trzeci w kodzie, czwarty w testach. Przełączam się bez bólu między czterema różnymi trybami głowy — a nie między czterema identycznymi. Sam się zdziwiłem, jak wiele to zmieniło.
Reszta poukładała się wokół tego. Lepiej mi się pracuje w CLI niż w oknach z klikaniem — mniej rzeczy walczy o uwagę, jestem po prostu zakopany w terminalu. Ten systemowy na Macu jest średnio czytelny, więc przesiadłem się na Ghostty i ustawiłem go pod maksymalną czytelność na dużym ekranie. Monitor 27 cali dzielę na dwa–trzy okna, dwa podobne projekty obok siebie, a w każdym dwie zakładki: jedna do rozmowy z Claude, druga to terminal na komendy, których nie chcę mu oddawać. Nic wymyślnego, ale to wszystko zmniejsza drobne tarcia, których w tej pracy i tak jest sporo.
Druga połowa dbania o głowę to przerwy. Doszło do tego, że przerwę muszę sobie zaprojektować równie starannie jak pracę. Odpoczywam dopiero z dala od ekranu — a nie przy komputerze z otwartą kolejną kartą czy telefonem w ręce, bo wtedy mózg dalej robi to samo: czyta znaki, łączy wątki, skleja. Naprawdę odcinam się dopiero wtedy, kiedy zniknę na godzinę, dwie. Najczęściej na rowerze.
Tę notatkę zresztą nagrywam na rowerze. Jadę i dyktuję myśl, która sama gdzieś wypłynęła — bo dopiero tutaj, kiedy przestaję ich szukać, myśli w ogóle zaczynają się pojawiać.
